środa, 20 września 2017

☕Za co kocham jesienną pogodę? Trzy gorące napoje i masa filmowych propozycji.☕

Dziś luźny post, zdecydowanie odbiegający od kosmetycznych porad i recenzji. O tej porze roku pogoda jest wręcz depresyjna, ciągle pada i jest zimno. Nie ma nic lepszego niż gorąca herbata lub kawa, a do tego świetny film lub serial. Ostatnio przez brak czasu zaniechałam pisanie #Niekosmetycznych ulubieńców tygodnia, jest mi z tego powodu przykro, więc dziś podam kilka ciekawych propozycji, a w najbliższym czasie wracam z serią.
Po małych perypetiach dotarła do mnie przesyłka. Dzięki uprzejmości Tea Rebels mogłam wybrać trzy, różne produkty, więc bez wahania wybrałam dwie herbaty i kawę dla siostry.
O TR czytałam na wielu blogach, więc ucieszyłam się z możliwości wypróbowania asortymentu. Marka oferuje ciekawe połączenia smaków, sama wybrałam owocową herbatkę Hips Tea, Gray Black oraz kawę o aromacie kokosa.
O herbacie Hips tea:
Herbata owocowa oparta na mieszance owoców: dzika róża, czarny bez, rodzynki, maliny z dodatkiem bławatka.

Każdy jest niepowtarzalny. Osoba to złożenie wielu cech, wielu pasji, namiętności, ale też wad i słabości. Otwierając się na człowieka takim, jakim naprawdę jest, z całym jego charakterem, możesz naprawdę go poznać.
Niektórych ludzi można poznać po tym, o piją. Hipstea to herbata owocowa o nieprzeciętnym smaku, dedykowana dla tych, którzy lubią czuć się jedyni na świecie. W końcu każdy taki jest, ale nie każdy takim się czuje.
Jestem zauroczona papierowymi pudełeczkami, które skrywają 70 g suszu. Przeźroczysta, foliowa saszetka skrywa w sobie herbatę oraz dodatki, które są widoczne gołym okiem.
Po zaparzeniu woda barwi się na bordowo dzięki hibiskusowi. Herbata nabiera niezwykłego aromatu oraz smaku, który jest wręcz wyborny.
O herbacie Gray Black:
Smak Earl Greya miesza się z nutami pomarańczy, bławatka i cytryny.

Świat jest miejscem walki.
Ci, którzy pragną coś na nim znaczyć, są skazani na zmaganie się z nim. Harmonijne życie jest fatamorganą, drogą donikąd. Jeżeli wpadnie ci do głowy pomysł o stabilizacji, ten świat cię pożre, zmiażdży swoimi zębiskami i wypluje doszczętnie zniszczonego. Żeby przeżyć dobrze to życie musisz podróżować. Nie, nie koniecznie z miejsca na miejsce. Musisz podróżować od tych dziedzin, w których nie możesz już nic zdziałać do tych bardziej obiecujących. Zmagaj się z przeciwnościami, nawet jeśli oznacza to nieludzki wysiłek.
Ta wersja jest moim faworytem. Opakowania produktów przyciągają wzrok, a ciekawy opis i skład zachęcają do zakupu. Bardzo polubiłam herbatę Earl Grey, która dzięki dodatkowi cytrusów jest perfekcyjnym napojem na chłodny, jesienny dzień.
O kawie:
Kawa rozpuszczalna o aromacie kokosów.

Budzik. Rozpoczyna się kolejny, męczący dzień. Tęsknisz za czasami dzieciństwa i studiów, kiedy można było pospać troszkę dłużej. Wiesz, że bez kawy nie dasz rady. Zresztą: kto daje?
Filiżanki kawy na rozbudzenie nie trzeba reklamować. Dlaczego jednak nie wzbogacić smaku poranka? Orzeźwiający kokos będzie chyba najlepszą nutą dla tej pory dnia.

Kawa natomiast umieszczona jest w puszce, która skrywa w sobie 60 g drobno zmielonego, brązowego pyłu. Aromat kokosa jest na tyle mocny, że czułam go po otwarciu opakowania, chociaż kawa była zapakowana w srebrną, foliową saszetkę.
Produkt oczywiście rozpuszcza się w 100%, dzięki czemu można wykorzystać go również do Ice coffee, dzięki niezwykłemu, kokosowemu dodatkowi.

Podsumowanie: Obawiałam się, że herbaty będą niewydajne, lecz dzięki mocnemu aromatowi i smakowi wystarczy mała ilość suszu, aby napój był przepyszny. W ofercie sklepu znajduje się również wiele wersji oraz pojemności, każdy znajdzie coś dla siebie.
Kawy zaś są dla mnie prawdziwym zaskoczeniem, w asortymencie Tea Rebels dostępna jest również wersja z bananem, cytryną, czekoladą, gruszką itd. Naprawdę warto ich wypróbować, ponieważ takie połączenia są niedostępne w większości sklepów stacjonarnych.
Aromatyczne i pełne smaku napoje przypadły mi i mojej rodzinie do gustu w 100%.

Propozycje filmowe:
I nie było już nikogo (2015)
Mini serial powstał na podstawie książki o tym samym tytule, którą napisała świetna Agatha Christie. Produkcja trwa prawie 3 godziny, uważam, że jest to bardzo udany kryminał. Dziesięcioro ludzi dostaje zaproszenie do domu państwa Owen, który znajduje się na wyspie. W jadalni na stole znajduje się taca, na której stoją figurki, a te powoli znikają. Ich brak oznajmia fakt, że ktoś zginał lub zaraz straci swoje życie. Ekranizacja trzyma w napięciu do ostatnich sekund, każdy jest podejrzanym.

Złodziejka książek (2013)
Dziewczynka trafia do rodziny zastępczej, a akcja rozgrywa się w okresie trwania II wojny światowej. Mała Liesem podczas podróży traci swojego braciszka, podczas jego pochówku kradnie grabarzowi jego poradnik, przy którym uczy się sztuki czytania. Osobiście cała historia mnie zaciekawiła, chociaż wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu wojenna tematyka.

Confess (serial z 2017)
Serial poznałam dzięki pewnej dziewczynie z Instagrama, która poleciła mi kilka ciekawych pozycji filmowych. Produkcja powstała na podstawie książki Colleen Hover i opowiada o rozwijającej się znajomości uroczej Auburn oraz Owenie. Mężczyzna jest malarzem, który przenosi anonimowe wyznania ludzi na płótno. Z czasem rodzi się między innymi uczucie, jednak w ich życiu pojawiają się pierwsze kłody i utrudnienia. Żałuję, że powstało tylko 7 odcinków, które trwają po 20 minut.

Aż do kości (2017)
Ellen jest anorektyczką, która nie widzi problemu w swojej niskiej wadze. Przez swoich bliskich zostaje zmuszona do podjęcia terapii, która zmienia jej życie. Poruszający film, który opowiada o strasznej chorobie, jaką jest zaburzenie odżywiania.

Azyl (2017)
Film poleciła mi siostra, a opowiada on o małżeństwie, którzy są opiekunami w Zoo. Para przez czas trwania wojny ukrywa Żydów.

October Baby (2011)
Przez nasilające się problemy zdrowotne nastolatka dowiaduje się, że została adoptowana, a dodatkowo przeżyła nieudaną próbę aborcji. Postanawia wyruszyć w podróż, ponieważ chce poznać swoją biologiczną matkę. Produkcja jest zainspirowana prawdziwymi zdarzeniami.

Niech będzie teraz (2012)
Tessa jest chorą na białaczkę dziewczyną. Z każdym dniem jej stan zdrowia się pogarsza, dlatego przerywa leczenie i pragnie spełnić swoje marzenia.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (2016)
Prawdziwy raj dla fanów magii. Historia rozpoczyna się w latach 20 dziewiętnastego wieku i opowiada o czarodzieju, którego celem jest poznanie magicznych stworzeń. Newt Scamander podczas bardzo krótkiej podróży do Ameryki sprawił masę kłopotów. Już nie mogę doczekać się kolejnej części, która ma ukazać się za rok.

Dziewczyna z portretu (2015)
Pozostaję przy cudownym Eddiem, które uwielbiam jako aktora. W tym filmie odegrał znakomitą rolę malarza, który przez całe życie czuje się kobietą. Historia jest zainspirowana prawdziwymi losami pary, która musiała zmierzyć się z mnóstwem problemów.

Znacie produkty Tea Rebels?
Który film Was szczególnie zaciekawił?

wtorek, 19 września 2017

💅Co sądzę o nowej jakości lakierów hybrydowych Claresa?💅

Prawie 3 tygodnie temu dotarł do mnie pakunek od firmy Claresa, która poszukiwała blogerek do testów. Uwielbiam nowości, więc z prawdziwą chęcią zgłosiłam swój udział i udało mi się zakwalifikować do testów. Wewnątrz ładnie zapakowanego podarku znalazłam bazę oraz top, a także dwa kolory, cleaner (który moim zdaniem pachnie owocami) i remover.
Mój zestaw wykorzystała jeszcze tego samego dnia i po kilku tygodniach powracam z moimi spostrzeżeniami.
O lakierze z serii Pastel Touch 004 Yellow Bananas:
Pastel Touch to pastelowy niezbędnik w każdym kuferku. 7 subtelnych odcieni przywodzących na myśl same słodkości. Rozsmakuj się i wybierz swój ulubiony:
- Pink Blink – delikatny dziewczęcy róż,
- Summer Peach – orzeźwiająca słodka brzoskwinia,
- Lollipop Dreams – mlecznoróżowy cukierek,
- Scuba Blue – błękit z nutą jasnej mięty,
- Tropical Forest – zieleń w niezwykle kremowym wydaniu,
- Ice Baby – lodowy błękit prosto z Bieguna Północnego,
- Yellow Bananas – pełen łagodnych tonów słoneczny odcień żółtego.

Lakiery hybrydowe to idealne rozwiązanie dla każdej kobiety, której zależy na długotrwałym efekcie zadbanych dłoni. Specjalna formuła lakieru sprawia, że poprawnie wykonany manicure i pedicure utrzymuje się przez 2-3 tygodnie, nie odpryskuje i zachowuje blask aż do momentu zdjęcia. Na lakier można zastosować top nadający połysku lub dający matowy efekt, a paznokcie ozdobić w dowolny sposób.

O lakierze 301 Green Rabbit:
Hybride UV/LED Nail Polish marki Claresa to lakier przeznaczony do zabiegów manicure/pedicure hybrydowego. Opatentowany skład produktu zapewnia trwałość oraz wysoką jakość zabiegu. Odpowiednie nasycenie lakieru barwnikiem oraz konsystencja gwarantuje całkowity efekt krycia oraz łatwość aplikacji. Nigdy wcześniej manicure hybrydowy nie był tak łatwy i przyjemny! Dzięki szerokiej gamie kolorystycznej odkryj swój ulubiony kolor już dziś!
-Trwałość do 3 tygodni
- Łatwo i szybko usuwalny
- Nie odpryskuje
- Bezpieczny dla każdego rodzaju płytki
Opakowanie: Na etykiecie znajdziemy wszelkie informacje, a czarne buteleczki mieszczą w sobie 7 ml lakieru hybrydowego. Kolorowa naklejka oraz oznakowanie trzonka pędzelka jest odpowiednikiem koloru malowidła, ułatwia to poszukiwanie produktu.
Szata graficzna jest prosta, aczkolwiek przyciąga wzrok. Buteleczki są stabilne, nie przewracają się podczas malowania.
Pędzelek: Krótkie włosie jest dość elastyczne, ładnie dociera do najmniejszego miejsca na paznokciach. Trzonek jest odpowiednio długi, więc trzymanie go w dłoni jest bardzo komfortowe.
Konsystencja: Zarówno 004, jak i 301 posiadają średniogęstą konsystencję. Na samym początku musiałam się do niej przyzwyczaić, ponieważ zawsze wybierałam gęste produkty.
Podczas malowania obawiałam się, że lakiery mogą się kurczyć lub rozlewać, na szczęście nic nie miało miejsca. Hybryda ładnie się poziomuje, nie tworzy smug, oraz nie marszczy się podczas utwardzania.
Dzięki konsystencji nakładane warstwy są mega cienkie, a paznokcie wyglądają jak pomalowane zwykłym lakierem, ponieważ nie są grube.

Pigmentacja: 004 wymaga położenia 3 cienkich warstw, 301 kryje już przy 2 warstwach.
Uważam, że pigmentacja jest całkiem dobra, zwłaszcza że są to jasne pastele.

Trwałość: Muszę przyznać, że dopuściłam się pewnych eksperymentów. Na kilka paznokci nałożyłam moją ulubioną bazę od Silcare, a na pozostałe produkt Claresa i muszę przyznać, że nie widzę różnicy. Po prawie 3 tygodniach lakier wygląda dobrze, nie odprysnął, nie popękał, nie zabarwił się oraz nie stracił swojego nasycenia. Produkt podczas intensywnych testów (sprzątanie, gotowanie, mycie naczyń bez rękawiczek) nie starł się z końcówek oraz nie uległ zniszczeniu. Hybrydy ładnie współpracują z produktami innych firm, ale po co ich używać, skoro zalecana baza świetnie sobie radzi?

Sposób ściągania: Oczywiście do usunięcia starej stylizacji można użyć specjalnego removera i metody foliowej lub ściągnąć ją przy pomocy frezarki.

Utwardzanie: Cieszę się z faktu, że lakier można utwardzać w lampie UV (przez 2 minuty) lub LED (30 sekund).

Moje odcienie: 004 to cudowny pastelowy banan, który już dawno chciałam mieć w swojej kolekcji. Ładne, żółte tony są bardzo uniwersalne i współgrają z większością innych kolorów.
301 to typowo morski pastel lub ciemna mięta. Odcień tworzy przepiękną bazę do srebrnych stempelków.
Cena i dostępność: Jestem pozytywnie zaskoczona faktem, że jedno opakowanie kosztuje tylko 19,99 zł. Można zakupić je stacjonarnie w drogerii Natura, sklepie Auchan, lub na stronie producenta.

Podsumowanie: Słyszałam o nich wiele opinii i miałam mieszane uczucia, dopóki ich nie poznałam. Muszę przyznać, że sama jestem z nich zadowolona, ponieważ nie sprawiały mi najmniejszych kłopotów, nie uczuliły mnie i przez cały czas wyglądają perfekcyjnie (poza odrostem).

O bazie:
Żel podkładowy pod wszystkie lakiery hybrydowe UV/LED Nail Polish.
Maksymalnie zwiększa przyczepność lakierów hybrydowych do naturalnej płytki.
Utwardza się zarówno w systemie UV, jak i LED.

O topie:
Top kończący manicure hybrydowy lakier tworzący zewnętrzną warstwę wzmacniającą i chroniącą paznokcie hybrydowe.
Opakowanie: Opakowania są identyczne jak w przypadku kolorów, dobre oznakowanie sprawia, że nie mylę buteleczek. Spodobał mi się fakt, że producent na opakowaniu zamieścił słowo STEP (krok) na każdej butelce, więc osoby początkujące wiedzą, w której kolejności mają użyć danego produktu.

Pędzelek: Tutaj już możemy spotkać dłuższe włosie, które jest elastyczne i nabiera odpowiednią ilość produktu.

Konsystencja: Baza i top posiadają gęstą konsystencję, która świetnie trzyma się płytki, nie spływa z niej oraz się nie kurczy.

Podsumowanie: Baza zdecydowanie przedłuża trwałość lakierów, top zaś je chroni i cudownie nabłyszcza. Blask bije do nich aż do samego ściągnięcia. Uważam, że produkty są zgranym duetem.

Miałyście może lakiery Claresa? Co o nich sądzicie?

poniedziałek, 18 września 2017

Dlaczego pokochałam kosmetyki mineralne? Recenzja korektora Blush Away od Lily Lolo, który niweluje zaczerwienienia.

Żałuję, że wcześniej nie zwracałam większej uwagi na kosmetyki mineralne. Obecnie używam ich od dłuższego czasu, więc po recenzji różu przyszedł czas na korektor. Uważam, że jest to jeden z ciekawszych produktów w mojej kosmetyczce. Na jego rzecz całkowicie zrezygnowałam z kremowych kosmetyków ukrywających niedoskonałości i cienie.
O produkcie:
Matowy, zielony korektor, który idealnie tuszuje popękane naczynka, rumień oraz zaczerwienienia spowodowane trądzikiem różowatym lub nadmierną ekspozycją na słońcu. Kolor zielony dobrze maskuje wszelkie zaczerwienienia (zgodnie z paletą kolorów), dzięki czemu nawet cera z problemami nabierze gładkości i będzie wyglądała zdrowo.

Zielony korektor kamuflujący należy nakładać cienkimi warstwami na zaczerwienione miejsca na pierwszą warstwę podkładu mineralnego. Aplikuj go delikatnymi ruchami za pomocą pędzelka do korektora. Będziesz zachwycona naturalnym efektem, jaki pozwolą Ci uzyskać mineralne korektory.

-nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek, parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwników i konserwantów
-bezzapachowy
-lekka, jedwabista konsystencja i beztłuszczowa formuła
-dzięki zawartości naturalnych składników, ma właściwości lecznicze i hamujące powstawanie nowych wyprysków
-matowe wykończenie
-100% naturalny
-może być używany przez wegan i wegatarian

Skład:
MICA [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77007 (ULTRAMARINES)]
Jak dobrać korektor?
Ten inteligentny korektor poprawiający koloryt skóry perfekcyjnie kamufluje zaczerwienienia, ponieważ kolory zielony i czerwony są tzw. barwami dopełniającymi się, leżącymi naprzeciw siebie na kole barw.

Opakowanie: Korektor został umieszczony w minimalistycznym pudełeczku. Mały słoiczek o pojemności 20 ml mieści w sobie 4 g pyłu. Oczywiście małe opakowanie zostało zaopatrzone w sitko, przez które możemy wydobyć produkt. Jestem okropną sroką, lecz ta prosta szata graficzna bardzo przypadła mi do gustu, ze względu na eleganckie i matowe wykończenie.

Konsystencja: Korektor o nazwie Blush Away to świetnie zmielony proszek o jasnym, białym odcieniu, który ma lekko zielone zabawienie. Dzięki temu produkt skutecznie niweluje naczynka.

Sposób nakładanie: Najlepszy rezultat można otrzymać podczas nakładaniu przy pomocy
pędzla, który posiada gęste włosie. Ułatwia on aplikację sypkich kosmetyków mineralnych.

Poziom krycia: Żałuję, że mój aparat wyzionął ducha i nie mogę pokazać rezultatu na zdjęciu.
Musicie jednak uwierzyć, że produkt już przy nałożeniu pierwszej, cienkiej mgiełki jest w stanie zakryć zaczerwienienia, niedoskonałości i popękane naczynka. Oczywiście można stopniować poziom krycia poprzez nakładanie kolejnych warstw.
Nakładam go również pod oczami, świetnie maskuje cienie. Pomimo zielonego odcienia, korektor wygląda bardzo naturalnie. Matowe wykończenie jest zbawienne, ponieważ moja strefa T w okresie wakacyjnym mocno mi dokuczała. Dzięki nałożonemu produktowi skóra przez dłuższy czas wyglądała nieskazitelnie.

UPDATE: Udało mi się uratować aparat i zdjęcie z regultatem dodam przy okazji recenzji podkłady mineralnego.

Cena i dostępność: Za całkiem spore opakowanie zapłacimy 51,20 zł. Oczywiście można zamówić go w sklepie internetowym Costasy, gdzie znajduje się masa świetnych produktów Lily Lolo.
Wydajność: Dzięki sypkiej konsystencji produkt jest wyjątkowo wydajny, już mała ilość wystarczy, aby zakryć problematyczne rejony.

Trwałość: Nakładając produkty mineralne czuję się swobodnie, ponieważ w ciągu dnia nie martwię się o poprawki. Od samego nałożenia aż do demakijażu widzę, że moja skóra wygląda przyzwoicie.

Podsumowanie: Nigdy nie sądziłam, że zaprzyjaźnię się z kosmetykami mineralnymi. Produkt sprawia, że skóra wygląda naturalnie, ponieważ nie tworzy efektu maski. Należy jednak pamiętać, aby regularnie usuwać stary naskórek i odpowiednio nawilżać skórę, aby produkt nie podkreślił suchych skórek.

Lubicie kosmetyki mineralne?
Co o nich sądzicie?

niedziela, 17 września 2017

Szybkie i skuteczne oczyszczenie skóry nosa. Czy to możliwe? Recenzja plastrów Multi BioMask.

Komu nie zależy na idealnie czystej skórze nosa? Wągry są, a raczej były moim utrapieniem od dłuższego czasu. Plastry stosuję od gimnazjum i sprawdziłam już wiele firm, ale nie znalazłam topowego produktu, który by mnie zadowolił w 100%.
Miesiąc temu zakupiłam z polecenia siostry pierwsze opakowanie rewelacyjnych plastrów Multi BioMask, o których dziś napisałam.
O produkcie:
Multi BioMask to specjalistyczne preparaty skomponowane pod kierunkiem profesjonalistów, koncentrujące się na skutecznej, holistycznej pielęgnacji i odpowiadające na szerokie spektrum potrzeb skóry. Głęboko Oczyszczające Plastry na Nos to idealne rozwiązanie dla skóry wymagającej oczyszczenia dodatkowej ochrony przed nadmiernym wydzielaniem sebum. Plastry Multi BioMask to połączenie dwóch unikalnych substancji oczyszczających zamkniętych w plastrach wykonanych z ochronno-łagodzących składników roślinnych o idealnie dopasowanym kształcie, aby jak najskuteczniej oczyściły i wygładziły skórę. Dzięki zawartości Aktywnego Węgla z pędów bambusa plastry wydobywają zanieczyszczenia, zapobiegają powstawaniu nowych zaskórników i regulują wydzielanie sebum. Nawilżający Wyciąg z Oczaru Wirginijskiego działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie.
Przebadano dermatologicznie.
Opakowanie: W saszetce z całkiem ładną szatą graficzną znajduje się 6 osobnych opakowań, które są zaopatrzone w plasterki. Te zaś są umieszczone na sztywnej folii, która chroni je przez zniszczeniem. Plaster przyklejamy do nosa gładką, czarną stroną, która nie zawiera klejącej warstwy. Ważną rolę odgrywa tutaj zwilżona skóra, która przyciąga materiał niczym magnes. Sam plaster jest świetnie wycięty, kształt idealnie przylega do nosa, nie odstaje i nie zsuwa się z niego.

Zapach: Produkt posiada dość wyczuwalny aromat węgla, mnie on zupełnie nie przeszkadza.

Sposób użycia: 1. Oczywiście na początku należy umyć twarz (niekiedy polecam zrobić parówkę, aby rezultat był lepszy). Ważnym punktem jest zwilżona skóra nosa, ponieważ dzięki niej plaster odpowiednio przylega do nosa.
2. Przykładamy produkt czarną stroną do skóry i porządnie dociskamy. W razie problemów z nietrzymaniem się produktu polecam go delikatnie zwilżyć nasączonym wacikiem.
3. Odpowiednio nałożony plasterek trzymam około 15 minut, aż materiał będzie suchy i twardy.
4. Po wszystkim ściągam go delikatnie, a pozostałe zabrudzenia zmywam wodą i tonizuję skórę.

Działanie: Jeszcze nigdy nie spotkałam tak skutecznych plastrów, które usuwają sporo zanieczyszczeń. Już przy pierwszym użyciu mogę zauważyć, że produkt skutecznie wyciągnął większość nieprzyjacieli, a skóra jest niezwykle gładka i oczyszczona.
Ściąganie produktu jest odczuwalne, ale ból jest bardzo delikatny i towarzyszy w okolicy kącików nosa. Polubiłam go za fakt, że nie podrażnia skóry, a także nie powoduje zaczerwienienia.

Cena i dostępność: Produkt do 19.09.2017 roku jest na promocji w drogerii Rossmann, gdzie kosztuje 10,99 zł. Cena regularna wynosi 13,99 zł, czyli około 2,33 zł za sztukę.
Uważam, że kwota jest naprawdę korzystna, zwłaszcza że produkt przynosi znakomite rezultaty.

Podsumowanie: Regularne stosowania przynosi znakomity efekt, skóra wygląda znakomicie, a nałożony podkład prezentuje się rewelacyjnie. Sądzę, że znalazłam idealny produkt, który za długo zagości w mojej kosmetyczce.

Znacie je?

sobota, 16 września 2017

Kilka słów o rewelacyjnym produkcie do stóp. Sól z Morza Martwego od White Flower's.

Sól w zasadzie kupiła moja mama podczas promocji w Rossmannie i tak wyszło, że sama używałam jej całkiem często. Najczęściej stosowałam ją w okresie wakacyjnym, gdy na moich nogach gościły japonki i paski. Obowiązkiem był nienaganny pedicure oraz miękka skóra stóp.
O produkcie:
Sól do kąpieli stóp, którą trzymasz w dłoni, to kompozycja dwóch gatunków soli z morza martwego - magnezowo-potasowej, tzw. karnalitowej oraz naturalnej, nieoczyszczonej, o zwiększonej zawartości żelaza i chlorku sodu.
Stopy codziennie wykonują dużą pracę, będąc jednocześnie narażonymi na szereg niekorzystnych czynników. Regularnie kąpiele stóp w naszej soli mogą być istotnym uzupełnieniem profilaktyki większości problemów, z jakimi się borykamy:
-rogowacenie naskórka,
-infekcje bakteryjne i grzybiczne,
-nadmierna potliwość,
-pękające pięty.

Sprzyja temu unikatowy skład samej soli, bogatej w mikro i makroelementy, o wyjątkowo dobroczynnym działaniu na skórę, posiadającej równocześnie właściwości antygrzybiczne i antybakteryjne.
Kąpiel stóp w soli z morza martwego jest sama w sobie zabiegiem pielęgnacyjnym, regenerującym i odprężającym, ale może być również wstępem do dalszych czynności, takich jak np. pedicure.

Dodatek oleju z czarnuszki, rośliny znanej i cenionej od starożytności, zwanej „złotem faraonów” znakomicie uzupełnia działanie soli. Wskazania do stosowania tego oleju to m.in. grzybica, stany zapalne skóry, łuszczyca, AZS.
Olejki eteryczne obecne w składzie soli nadają jej nie tylko aromat, ale są ważnymi składnikami aktywnymi.
Olejek z drzewa herbacianego (pochodzenie: Australia) to naturalny środek bakterio i grzybobójczy.
Trawa cytrynowa (pochodzenie: Indie) ma również działanie antyseptyczne, oprócz tego m.in. wspomaga regenerację tkanek.
Zapach olejku miętowego sprawi, że kąpiel będzie relaksująca i odświeżająca.
Produkt przebadany dermatologicznie.

Skład: Maris Sal (100% sól z Morza Martwego), Nigella Sativa Seed Oil, Cocamidopropyl Betaine, Cymbopogon Schoenathus Oil, Melaleuca arternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Oil, D – Limonene, Linalool, Geraniol, Citral.
Opakowanie: Butelka o pojemności 500g została wykonana z ciemnego, lekko przeźroczystego i grubego plastiku, który jest naprawdę porządny. Mamę do zakupu zachęcił między innymi szczegółowy opis produktu, który znajduje się na naklejce.
Dość mały otwór opakowania ogranicza wysypanie zbyt dużej ilości produktu.

Konsystencja: Byłam nią zaskoczona, ponieważ gruboziarnista sól jest nasączona olejkiem, dzięki czemu jest wilgotna. Produkt w wodzie rozpuszcza się niemal w 100%.

Zapach: Mocny, ziołowy, mnie niesamowicie przypadł do gustu. Aromat świetnie odświeża stopy, a zapach olejków roznosi się po całym pomieszczeniu.

Wydajność: Producent zaleca wsypanie 2 łyżek do miseczki z wodą, dzięki czemu duża butla wypełniona kosmetykiem wystarczy na wiele zabiegów.

Działanie: Sól genialnie zmiękcza skórę, dzięki czemu wykonanie pedicuru jest łatwe i przyjemne. Produkt spisuje się rewelacyjnie, gdy nasze nogi są zmęczone długotrwałym staniem i pracą fizyczną, ponieważ daje ukojenie i odprężenie.

Cena i dostępność: Za duże opakowanie zapłacimy około 13 zł, jest oczywiście dostępna w drogerii Rossmann. Producent posiada również inne, naturalne kosmetyki.

Podsumowanie: Jak widać, sól z dodatkiem olejków ma wiele zastosowań, między innymi pomaga w wyleczeniu infekcji, grzybicy i innych chorób skóry na stopach.
Sama używam jej w celu przygotowania stóp do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych, jestem z niej niesamowicie zadowolona, ponieważ moje stopy są jedwabiście gładkie, miękkie i nawilżone. Osobiście kosmetyk White Flower's ma u mnie czołowe miejsce w pielęgnacji stóp.

Jakich produktów do pielęgnacji stóp używacie oraz jakie polecacie?

piątek, 15 września 2017

Ogromne nadzieje i jeszcze większe rozczarowanie. Jeden z piękniejszych bubli w mojej kolekcji. Recenzja Bell Water Extreme Waterproof Eyeshadow w odcieniu Golden Rose.

Firmę Bell polubiłam ze względu na przyjemne pomadki do ust. Często przeglądam szafę tej marki w Biedronce, ponieważ można znaleźć tam wiele ciekawych produktów, tak też było w przypadku wodoodpornego cienia do powiek.

Gdy zobaczyłam cudowny produkt w odcieniu Rose Gold moje oczy zaświeciły się jak wiewiórce z Epoki Lodowcowej na widok żołędzia. Za pierwszym podejściem wyszłam ze sklepu jedynie ze swatchem, jednak drugie zakupy zaowocowały w zdobycie upragnionego kosmetyku.
Opakowanie: Solidne i plastikowe opakowanie zaopatrzone jest w wysuwany sztyft. Metaliczne naklejki przyciągają wzrok i zdecydowanie zachęcają do zakupu.
Na etykiecie nie znajdziemy opisu cieni, pojawia się jedynie nazwa oraz skład, a także informacje o producencie. Zatyczka trzyma się w miarę stabilnie, chociaż nie dam sobie ręki uciąć, że nie zsunie się w torebce lub kosmetyczce.

Konsystencja: Cień ma postać sztyftu, jest bardzo kremowy, średnio twardy i bardzo dobrze sunie po skórze dłoni, gdzie wygląda nieziemsko.
Nie mogę tego samego powiedzieć o powiekach, ponieważ w tych rejonach zaczyna się magia, a raczej rozczarowanie.

Kolor: W ofercie znajduje się 4 odcienie (fioletowy, granatowy, jasny brąz), ja zdecydowałam się na 01, czyli cudowny róż, który opalizuje na złoto. Uważam, że odcień jest niesamowity, przepięknie połyskuje i mieni się w słońcu. Dziewczęcy róż jest bardzo przyjemny, złoto zaś dodaje elegancji.
Cena i dostępność: Produkt jest całkiem tani, ponieważ kosztuje 7,99 zł i można zakupić go w Biedronce, o ile ktoś się skusi...

Działanie: O ile na dłoni możemy zauważyć jednolitą, połyskującą taflę, to na powiekach dzieje się coś niedobrego. Nakładałam go zarówno na czystą skórę, jak i na bazę i rezultat jest taki sam.
Jak możecie zauważyć, produkt na powiece zbiera się w załamaniach, kompletnie nie trzyma się powierzchni, a dodatkowo tworzy grudki, których nie można rozetrzeć, ponieważ cień momentalnie zastyga. Po pomalowaniu efekt był całkiem znośny, lecz po 2-3 minutach zauważyłam puste dziury na powiece, mam wrażenie, że kosmetyk wyparował i zniknął.
Na dłoni mazidło prezentuje się rewelacyjnie, jest niezwykle trwałe i odporne na wodę, na twarzy zaś jest odwrotnie.
Cień zmyłam olejkiem Resibo, dzięki czemu uniknęłam podrażnień oczu.
Podsumowanie: Z całą sympatią do firmy stwierdzam, że wodoodporny cień jest okropnym bublem i z bólem serca leci na dno kosmetyczki. Może kiedyś znajdę dla niego inne zastosowanie, ponieważ żal mi go wyrzucić.

Produkt w ogóle się u mnie nie sprawdził, jednak może u Was jest inaczej?

czwartek, 14 września 2017

Czy przekonam się do imbiru w kosmetykach? Recenzja maseczki peel-off z zieloną herbatą od 7th Heaven.

Często sięgam po maseczki peel-off, szczególnie wtedy, gdy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia skóry. Kilka tygodni temu miałam okazję wypróbować wersję z granatem, teraz zaś zdecydowałam się na zieloną herbatę i imbir.
O produkcie:
Maseczka detoksykująca z zieloną herbatą głęboko oczyszcza i tonizuje cerę. Zawiera naturalne minerały, ekstrakt z zielonej herbaty i korzenia imbiru. Cytryna odżywia i odświeża skórę. Maseczka oczyszcza, usuwa zanieczyszczenia i złuszcza, by skóra wyglądała zdrowiej i młodziej.
Produkt odpowiedni do skóry normalnej, mieszanej i tłustej. Odpowiedni dla wegan, nie zawiera parabenów.

Opakowanie: Miłe dla oka opakowanie wystarczyło mi na dwie aplikacje, często dzielę się maseczkami z siostrą. Szata graficzna jest obłędna i niezwykle przyjemna.

Konsystencja: Jasnożółta, przeźroczysta maź o średniogęstej konsystencji nie sprawia kłopotów podczas rozprowadzania na twarzy. Zastyga na niej w ciągu 20-30 minut.
Po upływie czasu przyjmuje postać stałej powłoczki, którą można ściągnąć w całości.

Zapach: Ten, kto mnie zna, wie, że nie znoszę zapachu imbiru. Jego aromat mnie mdli i przywołuje ból głowy, lecz postanowiłam zaryzykować i... wytrzymałam. Maseczka pachnie niczym mieszanka ziół, zapach jest delikatny i o dziwo nie miałam z nim problemu.

Działanie: Po usunięciu maski z twarzy ujrzałam delikatnie rozjaśnioną i ładnie oczyszczoną skórę. Wiadomo jednak, że produkt ma za słabe działanie, aby usunąć tyle zanieczyszczeń co czarne maski peel-off. Mnie jednak rezultat przypadł do gustu, cieszyłam się miękką i jedwabiście gładką skórą.

Cena i dostępność: Produkty są dostępne w drogeriach stacjonarnych i internetowych, a ich cena waha się w granicy 5-7 zł.

Podsumowanie: Polubiłam maseczki 7th Heaven i z prawdziwą przyjemnością będą po nie sięgać. Nie mam do nich zastrzeżeń, nie podrażniły mnie i nie spowodowały zaczerwienienia.

Które maseczki peel-off lubicie najbardziej?
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka